Loading...
Kontakt

Kłopot z Polską



Kłopot z Polską

Wizyta Ławrowa w Warszawie normalnie nie zostałaby zauważona. Jest inaczej, ponieważ jego przyjazd do Polski to pierwsze po agresji na Gruzję spotkanie szefa rosyjskiej dyplomacji z Unią Europejską na jej terenie. Unia nie ma złudzeń wobec Rosji. Z kolei Rosja świetnie wie, że kiedy chodzi o konkretne działania wobec niej, Unia jest zbyt podzielona. I to właśnie podziały w UE, które widać gołym okiem, paraliżują Unię i jednocześnie podniecają Rosję do kolejnych zaczepnych kroków. Skoro Polska nie chce się zgodzić na taki stan rzeczy - i słusznie - to musi stawiać sprawy polityki wschodniej na forum Unii także wtedy, kiedy staje się to źródłem "kłopotów" naszych partnerów.

Agresja Rosji na Gruzję zmusiła do działania francuską prezydencję UE. Jako pierwszy unijny przywódca do Moskwy, a potem do Tbilisi udał się prezydent Sarkozy. Jego niedopowiedziany mandat zrodził się na podstawie nieformalnych konsultacji oraz kilku telefonicznych rozmów z przywódcami krajów europejskich, w tym Polski. Na ile wiadomo, nie odbyły się konsultacje z pozostałymi członkami UE, którzy sąsiadują z Rosją. Skutkiem wizyty było pewne złagodzenie działań wojennych ze strony Rosji, co w tamtym konkretnym momencie miało niebagatelne znaczenie. Miedwiediew ogłosił rozejm na godzinę przed przybyciem Sarkozy'ego do Moskwy, a prezydent Francji fakt ten uznał za swój osobisty sukces. Sarkozy popełnił podczas swojej misji dwa błędy. Po pierwsze, zapytany przez dziennikarza w Moskwie "przyznał" Rosji prawo do interweniowania w obronie Rosjan poza granicami Federacji Rosyjskiej. "Doktryna Sarkozy'ego" jako lapsus została szczęśliwie po cichu wycofana zaraz po tym, jak zapewne przypomniano prezydentowi Francji, skąd Rosjanie w znacznej ilości wzięli się w Estonii, Łotwie, Litwie, Ukrainie, Mołdawii, państwach Kaukazu Południowego i Azji Środkowej i poinformowano o tym, że Rosja wydaje masowo swoje paszporty poza swoimi granicami. Drugi błąd dotyczył chwiejności stanowiska prezydencji w sprawie całości terytorialnej Gruzji. Sarkozy wyraźnie ustąpił w tej kluczowej kwestii Miedwiedwiedowi i Putinowi, którzy zresztą kilkanaście dni później zdecydowali się na uznanie Abchazji i Osetii Południowej. Rozmówcy w Moskwie nie tylko przekonali prezydenta Francji, że ten punkt nie jest konieczny, ale też namówili go na zaanonsowanie w planie rozmów tematu statusu Abchazji i Osetii Południowej, co może być odczytywane jako zakwestionowanie zasady integralności terytorialnej kuchennymi drzwiami.

Działania prezydencji mogły być dodatkowym impulsem wizyty prezydenta Kaczyńskiego i pozostałych prezydentów w Tbilisi. Przywódcy Europy Środkowej, chociaż nikt tego otwarcie nie powiedział, mieli prawo być zaniepokojeni tak przygotowanym i tak przedstawianym stanowiskiem prezydencji, chociaż nie mogli dawać temu wyrazu wprost, gdyż najważniejsze było powstrzymanie Rosjan od dalszych bombardowań. To prezydent Kaczyński w krótkiej rozmowie z Sarkozy'ym w Tbilisi przekonał prezydenta Francji właśnie do wagi sprawy integralności terytorialnej państw na obszarze postsowieckim.
Spóźnione deklaracje

Kilkanaście dni później do Tbilisi udała się kanclerz Angela Merkel. Jej przesłanie polityczne, co podkreślali oficjalni komentatorzy, nie miało charakteru unijnego. "Gruzja zostanie - jeśli zechce - członkiem NATO", powiedziała Merkel, która zażądała też wycofania wojsk rosyjskich z Gruzji. Deklaracje takie padły spóźnione o pół roku. Nikt z polskich analityków nie zadał jednak pytania, dlaczego to nie mogły być z jakichś powodów deklaracje unijne ani natowskie. Słuszne słowa Merkel wiele miesięcy po szczycie NATO i kilka dni po wizycie Sarkozy'ego nie były już, chociaż mogły, przesłaniem całej Europy, ale obietnicą tylko jednego kraju. Ta sama prasa niemiecka, która kilka miesięcy wcześniej krytykowała polskie stanowisko na szczycie NATO w Bukareszcie i tydzień wcześniej atakowała prezydenta Kaczyńskiego (który jadąc do Tbilisi, jednak ustalił swoje stanowisko z kilkoma krajami) za kilka dni chwaliła Merkel za odważne działania na rzecz Gruzji, których ona nie tylko nie ustaliła w UE, ale nawet podkreślała, że działa autonomicznie. Tymczasem polska prasa w przeważającej części chwaliła i Sarkozy'ego, i Merkel, a krytykowała Lecha Kaczyńskiego. W czasie, kiedy własnemu prezydentowi nie szczędzono krytyki, której pretekstem stawały się najdrobniejsze kwestie związane z jego wizytą w Tbilisi, milczeniem zbyto nawet groźby Miedwiediewa pod adresem Polski czy wiele słów ambasadora Grinina podczas jego niekonwencjonalnej konferencji prasowej. Polski problem polega i na tym, że słowa, jakie spotykały prezydenta Kaczyńskiego w Warszawie, na przykład od części polityków PO czy SLD, nigdy nie mogłyby zostać wypowiedziane wobec prezydenta Francji czy kanclerz Niemiec w ich krajach przez ich polityków, choćby bardzo niechętnych Sarkozy'emu czy Merkel.
Musimy robić swoje

Ten obraz dobrze rozpoznają Rosjanie. Zamieszanie, nieporozumienia, brak koordynacji pomiędzy państwami Unii i wewnątrz niektórych państw Europy. Wyobraźmy sobie, że polski głos, jak ma zachować się Unia, ograniczyłby się w tych warunkach do deklaracji rządu, który skupił się na mantrowaniu, że stanowisko UE powinno być wspólne i nie należy pobrzękiwać szabelką, mimo że nikt ani słowem nie wzywał do używania siły. To stanowisko prezydenta Kaczyńskiego faktycznie kształtowało reakcję Europy. To przecież on przerwał na wieść o bombardowaniach urlop, to on motywował rząd do współpracy. W drugi sierpniowy weekend Polska być może była jedynym krajem UE, w którym naprawdę przerwano kanikułę. Gdyby nie Lech Kaczyński, nie byłoby oświadczenia prezydentów Europy Środkowej, nie byłoby wspólnego wystąpienia Kaczyńskiego i Adamkusa w sprawie poszerzenia NATO, Szwecja i Wielka Brytania już podczas samego szczytu Unii nie miałyby w krajach Europy Środkowej aktywnego partnera. Jak wyglądałoby wspólne stanowisko UE bez tego zaangażowania? To Polska wprowadza do unijnego stanowiska element racjonalności. Polegać ma on na podjęciu poważnej rozmowy z Rosją, jak w przyszłości mają wyglądać nasze relacje. W gruncie rzeczy bowiem to ci, którzy proponują politykę patrzenia na Rosję przez palce traktują ten kraj niepoważnie. A takiej postawy Rosjanie szczególnie nie szanują. Najlepszym dowodem na to są mizerne skutki kolejnej misji Sarkozy'ego w Moskwie.

Konflikt gruziński pokazał jak na dłoni, że Polska swoim zaangażowaniem w UE na rzecz polityki wschodniej sprawia kłopot partnerom na Zachodzie, bo stawia wymagania co do standardów unijnej polityki i pytania. Wymaga konkretnych deklaracji i minimalnego związku pomiędzy sytuacją na Kaukazie a reakcjami Unii. Pyta zaś o sens wspólnej polityki w czasach, kiedy niektóre kraje Unii im więcej o wspólnej polityce mówią, tym bardziej realizują swoje egoistyczne interesy. Polska sprawia kłopot i Rosji, bo podnosi niewygodne dla niej kwestie, a większość polskich polityków i analityków nie ulega rosyjskiej propagandzie. Polska, jeśli chce wpływać na decyzje Unii i bronić swojego interesu przynajmniej w takim stopniu jak czynią to Niemcy, Francja czy Włochy, jest więc "skazana" na sprawianie "kłopotu" Unii. Każdy polski rząd, który za motto polskiej polityki w UE przyjmie, że mamy nie sprawiać tych "kłopotów", ograniczy pole działania Polski i faktycznie będzie działał wbrew strategicznym interesom naszego kraju.

Fiodor Łukianow uchodzi za politologa dobrze notowanego na Kremlu. Oddajmy mu na moment głos: "A jednak członkowie wszystkich przyszłych polskich rządów powinni wspominać braci Kaczyńskich dobrym słowem za każdym razem, gdy będą się wybierać na europejskie spotkania. Uparcie broniąc swojego stanowiska, Kaczyńscy naprawdę podnieśli status Polski w UE. To oni zmusili duże europejskie stolice do liczenia się ze stanowiskiem Warszawy i do tego, by o wiele więcej niż dotąd uwagi poświęcać nowym państwom członkowskim. Ustępstwa, do których zmuszono Unię w ostatnich miesiącach (w kwestii zasad głosowania, procedur podejmowania decyzji i sposobów blokowania), zapewniły bowiem Polsce stabilną pozycję na wiele dziesięcioleci". Rosjanie dobrze rozumieją, jakie procesy zachodzą teraz w Unii i nie omieszkają wyciągać wniosków.

tekst ukazał się w Dzienniku Polskim 10 września 2008 r.

Poprzednia strona: Ostatni dzwonek
Następna: Skrzynka