29/09/2008
Jedynym sensownym celem zmian na Białorusi powinny być normalne wybory i zbliżenie z Europą
28 września 2008 r. w tygodniku "Wprost" ukazał się artykułPawła Kowala poświęcony wyborom na Białorusi i polskiej polityce
wobec Łukaszenki.
Zapraszamy do lektury!
Czy Łukaszenko zasługuje na zaufanie Europy? Czy jego dotychczasowa polityka daje jakąkolwiek nadzieję na zmianę? Czy jest on na tyle niezależnym politykiem, że może podejmować jakieś strategiczne decyzje bez zgody Kremla? Chociaż odpowiedzi na te pytania są negatywne, to jednak rządy UE i tak zdecydowały się na polityczne otwarcie. Stało się tak w dużym stopniu dlatego, że UE nie była w stanie skutecznie wyegzekwować sankcji, które sama nałożyła. Nowa strategia Europy wobec Białorusi szybko zostanie jednak sprawdzona: wybory, okres powyborczy, stosunek do polskiej mniejszości już niebawem dadzą odpowiedzi na wszystkie trudne pytania.
Wirówka Łukaszenki
W ostatnich tygodniach Łukaszenko niemal każdego dnia mówi co innego: szantażuje, grozi, zmienia ton na potulny. Jednego dnia składa obietnice Putinowi, następnego odmawia uznania Abchazji i Osetii Południowej. Dzieje się tak z trzech powodów: po pierwsze gruzińska lekcja przeraziła go nie na żarty. Jeżeli Rosjanie mogli w taki sposób odnieść się do demokratycznej, mającej w ostatnich latach dobrą reputację na Zachodzie i faktycznie oddzielonej od Rosji Gruzji, to co dopiero zrobiliby z reżymem Łukaszenki. Białoruś faktycznie przecież złączona jest z Rosją poprzez wojsko, służby specjalne, system ekonomiczny. Bez rosyjskiej kroplówki nie mogłaby funkcjonować ani miesiąca. Prawdziwą pępowiną, która łączy Moskwę z Mińskiem są połączenia energetyczne. Po drugie Aleksandr Łukaszenka odkrył chyba w sobie ducha wielkiego rozgrywającego. Liczy, że okaże Rosji, która przymierza się do zmian cen energii dla Białorusi, iż nie jest skazany na jedną opcję, że dysponuje „wariantem europejskim". Po trzecie liczy białoruski dyktator dokładnie na to samo, na co Jaruzelski i Gorbaczow liczyli w połowie lat osiemdziesiątych: że wraz z rozpoczętymi zmianami, trzeba się będzie kosztem nowych osób trochę posunąć na ławce władzy, jak to się wówczas mówiło, ale w toku negocjacji utrzyma się jej znaczną część a przynajmniej trochę wpływów w gospodarce. Białorusi establishment liczy, że pożywi się na prywatyzacjach i zewnętrznych inwestycjach, które przyjdą wraz z politycznym ociepleniem.
Część polityków europejskich nic nie rozumie z tego, co zachodzi na Białorusi, część się nią nie interesuje. W większości jednak Europa rozumie strategię Łukaszenki, oficjalnie bierze ją za dobrą monetę. Faktycznie jednak wobec tego, że tak naprawdę nie udało się zastosować nałożonych sankcji, zmuszona jest teraz ogłosić zmianę taktyki. Będziemy zatem świadkami „strategii przytulania" Białorusi. Polega ona na powtarzaniu, że trzeba Białoruś związać z Europą, by nie uciekła w objęcia kogoś innego. Pozornie ten sposób działania ma sens. W Europie stosowany jest, a właściwie ogłaszany jednak zawsze wówczas, kiedy w politycznym gabinecie w Brukseli zaczyna dominować bezradność. To także wynik zapominania o żelaznej zasadzie: nie ma wolnego rynku i prawdziwej przedsiębiorczości bez demokratycznych wyborów. Tymczasem wydaje się, że w wielu miejscach przeważyło przekonanie, że mogą nie dojść do skutku interesy, które można będzie niebawem robić na Białorusi (to jeden z niewielu nieprzebranych głęboko wielkim kapitałem kawałków Europy), perspektywa utraty potencjalnego rynku zbytu. Niespodziewana inicjatywa UE wobec Białorusi jest też swego rodzaju odreagowaniem Europy na niepowodzenia polityki wobec Rosji.
Polska w tym wszystkim nie może poświęcić praw mniejszości. Największym błędem polskiej polityki wobec Łukaszenki byłoby uznanie, że prawdziwą przyczyną złych relacji jest Związek Polaków na Białorusi. Nie tylko dlatego, że Andżelika Borys jest być może najbardziej utalentowanym przywódcą politycznym Polaków za granicą od czasów wielkich przywódców Kongresu Polonii Amerykańskiej. Awantura ostatnich miesięcy o Związek Polaków na Białorusi pokazała słabości nowej strategii białoruskiej UE. Łukaszenko, jeśli ją śledził, nauczył się z niej jednego: po drugiej stronie brak jasnych kryteriów, jasnych celów i priorytetów. Mało kto zauważył, że gdyby nie reakcja gazet, być może opinia publiczna wcale nie dowiedziałaby się o nowym planie politycznym związanym z sytuacją Polaków na Białorusi. Ale przecież jakąś strategię wobec Łukaszenki trzeba mieć. Powinna być ona prosta, jednoznaczna, z jasno określonymi warunkami ramowymi, które byłyby powszechnie znane. Powinna przypominać na przykład, choć czasy inne, amerykańską strategię step by step uprawianą wobec komunistycznej Polski przez Biały Dom, między innymi przez Whiteheada, zastępcę sekretarza stanu, który odpowiadał za relacje z reżymem Wojciecha Jaruzelskiego. Władze Białorusi powinny wiedzieć, że za konkretnymi posunięciami, wykonanymi w całości i w umówionym terminie pójdą ustępstwa UE i USA. Przypomnijmy jak było w Polsce: 1986-amnestia, 1987-zniesienie sankcji, pierwsze- okrągły stół, potem- obietnice pomocy gospodarczej, pierwsze- wybory wedle ustalonego standardu, potem- wizyta Busha i realizacja obietnic gospodarczych i tak krok po kroku. Prawa mniejszości narodowych i wolności obywatelskich nie powinny podlegać negocjacjom. Jeśli poprzestaniemy na pochwałach, że kilku opozycjonistów, być może z wyboru, być może na skutek jakichś gwarancji Łukaszenki znajdzie się w parlamencie, popełnimy błąd. Wtedy z pomocą Zachodu, dojdzie na Białorusi do efektu wirówki, opisanego przez jednego z doradców Jaruzelskiego w 1987 roku. Wokół Łukaszenki znajdą się często zasłużeni ale jednak licencjonowani opozycjoniści, którzy akceptują polityczny stan rzeczy, włączając nawet ryzyko, że przywódcy Białorusi się odmieni. Bardziej zdecydowani opozycjoniści zostaną odwirowani i osłabieni, pozostaną na kolejne lata bez szans na poddanie się demokratycznej weryfikacji, lub w kolejnej fali emigracji opuszczą Mińsk, zamieszkają w niedalekim Wilnie lub znajdą sobie miejsce i inne zajęcie daleko od granic Białorusi.
Białoruś jest z wielu powodów ważna dla UE. Ale jedynym sensownym celem zmian na Białorusi powinny być normalne wybory i zbliżenie z Europą. Tylko szybka droga do w pełni demokratycznych wyborów daje szanse na faktyczne zmiany na Białorusi, z których będą coś mieli także zwykli Białorusini a nie wyłącznie przedstawiciele szeroko rozumianego establishmentu. Zmiana w naszej części Europy powiodła się tylko tam, gdzie gwarancje wolnych wyborów były ugruntowane a skutki zmiany odczuli w swoim życiu nie tylko ci, którzy załapali się na pociąg „Transformacja". Zamiast wyważać otwarte drzwi, trzeba powiedzieć wszystkim Białorusinom: „możliwość normalnego założenia firmy, współpraca z UE w takiej czy innej formie, studia w Londynie, władza w gminie, pisanie i wydawane książek po białorusku, to szansa dla każdego z was". Droga do tego wiedzie poprzez wybory. A wybory to przecież szansa także dla tych, którzy współpracowali z reżymem, ale po cichu przygotowywali się na zmianę, jeżeli rzecz jasna, nie popełnili przestępstw. W każdym autorytarnym systemie istnieje taka ukryta grupa, zazwyczaj jest bardzo duża.
Rosja po sierpniu 2008 to już inna Rosja niż przed rokiem czy dwoma. To jeden z powodów, dla których nie zostało wiele czasu. Wskaźniki ekonomiczne, sytuacja energetyczna, także wiele społecznych parametrów (jak odpływ najbardziej utalentowanej młodzieży za granicę) skłaniają do wniosku, że dla Białorusi nie ma już wiele czasu. Upadek Łukaszenki jeśli by do niego doszło, też już sam w sobie nie rozwiązuje problemów. Sytuacja na świecie, a szczególnie w naszej części Europy powoduje, że praktycznie zostało niewiele czasu na korekty polityki wobec Białorusi. Polska, także Litwa, mają tu do odegrania rolę, by pomysł zmian na Białorusi oprzeć o jakieś racjonalne przesłanki oraz doświadczenia naszych zmieniania naszych krajów. Kolejny raz rola naszego kraju nie powinna sprowadzać się do bezmyślnego uczestnictwa w „odmrażaniu" Białorusi. Naszą rolą jest, by białoruska transformacja, jeśli już mamy mieć na nią wpływ przypominała raczej litewską, czy polską niż niepowodzenia zmian w innych krajach.
Na razie wszystkim grozi zawód. Łukaszence, że wszystko jakoś się poskłada, a Białorusini pozwolą sobie dozować wolność. Wolny rynek, wolność słowa przyjdą na Białoruś prędzej czy później, nabiorą swojej dynamiki i zmiotą siermiężny reżym, być może stałoby się to o wiele szybciej, gdyby postawa Europy była bardziej zdecydowana. Na nic zda się tutaj dzielenie włosa na czworo przez europejskich analityków. Złudzeniami żyje też Europa. To co przyjdzie po Łukaszence, jeśli nie będzie efektem naprawdę demokratycznej gry, wyborów, wymiany myśli, wolnej może okazać się jeszcze bardziej niestabilne, zbliżone do Moskwy i jeszcze bardziej opresyjne dla społeczeństwa białoruskiego.
Część polityków europejskich nic nie rozumie z tego, co zachodzi na Białorusi, część się nią nie interesuje. W większości jednak Europa rozumie strategię Łukaszenki, oficjalnie bierze ją za dobrą monetę. Faktycznie jednak wobec tego, że tak naprawdę nie udało się zastosować nałożonych sankcji, zmuszona jest teraz ogłosić zmianę taktyki. Będziemy zatem świadkami „strategii przytulania" Białorusi. Polega ona na powtarzaniu, że trzeba Białoruś związać z Europą, by nie uciekła w objęcia kogoś innego. Pozornie ten sposób działania ma sens. W Europie stosowany jest, a właściwie ogłaszany jednak zawsze wówczas, kiedy w politycznym gabinecie w Brukseli zaczyna dominować bezradność. To także wynik zapominania o żelaznej zasadzie: nie ma wolnego rynku i prawdziwej przedsiębiorczości bez demokratycznych wyborów. Tymczasem wydaje się, że w wielu miejscach przeważyło przekonanie, że mogą nie dojść do skutku interesy, które można będzie niebawem robić na Białorusi (to jeden z niewielu nieprzebranych głęboko wielkim kapitałem kawałków Europy), perspektywa utraty potencjalnego rynku zbytu. Niespodziewana inicjatywa UE wobec Białorusi jest też swego rodzaju odreagowaniem Europy na niepowodzenia polityki wobec Rosji.
Polska w tym wszystkim nie może poświęcić praw mniejszości. Największym błędem polskiej polityki wobec Łukaszenki byłoby uznanie, że prawdziwą przyczyną złych relacji jest Związek Polaków na Białorusi. Nie tylko dlatego, że Andżelika Borys jest być może najbardziej utalentowanym przywódcą politycznym Polaków za granicą od czasów wielkich przywódców Kongresu Polonii Amerykańskiej. Awantura ostatnich miesięcy o Związek Polaków na Białorusi pokazała słabości nowej strategii białoruskiej UE. Łukaszenko, jeśli ją śledził, nauczył się z niej jednego: po drugiej stronie brak jasnych kryteriów, jasnych celów i priorytetów. Mało kto zauważył, że gdyby nie reakcja gazet, być może opinia publiczna wcale nie dowiedziałaby się o nowym planie politycznym związanym z sytuacją Polaków na Białorusi. Ale przecież jakąś strategię wobec Łukaszenki trzeba mieć. Powinna być ona prosta, jednoznaczna, z jasno określonymi warunkami ramowymi, które byłyby powszechnie znane. Powinna przypominać na przykład, choć czasy inne, amerykańską strategię step by step uprawianą wobec komunistycznej Polski przez Biały Dom, między innymi przez Whiteheada, zastępcę sekretarza stanu, który odpowiadał za relacje z reżymem Wojciecha Jaruzelskiego. Władze Białorusi powinny wiedzieć, że za konkretnymi posunięciami, wykonanymi w całości i w umówionym terminie pójdą ustępstwa UE i USA. Przypomnijmy jak było w Polsce: 1986-amnestia, 1987-zniesienie sankcji, pierwsze- okrągły stół, potem- obietnice pomocy gospodarczej, pierwsze- wybory wedle ustalonego standardu, potem- wizyta Busha i realizacja obietnic gospodarczych i tak krok po kroku. Prawa mniejszości narodowych i wolności obywatelskich nie powinny podlegać negocjacjom. Jeśli poprzestaniemy na pochwałach, że kilku opozycjonistów, być może z wyboru, być może na skutek jakichś gwarancji Łukaszenki znajdzie się w parlamencie, popełnimy błąd. Wtedy z pomocą Zachodu, dojdzie na Białorusi do efektu wirówki, opisanego przez jednego z doradców Jaruzelskiego w 1987 roku. Wokół Łukaszenki znajdą się często zasłużeni ale jednak licencjonowani opozycjoniści, którzy akceptują polityczny stan rzeczy, włączając nawet ryzyko, że przywódcy Białorusi się odmieni. Bardziej zdecydowani opozycjoniści zostaną odwirowani i osłabieni, pozostaną na kolejne lata bez szans na poddanie się demokratycznej weryfikacji, lub w kolejnej fali emigracji opuszczą Mińsk, zamieszkają w niedalekim Wilnie lub znajdą sobie miejsce i inne zajęcie daleko od granic Białorusi.
Białoruś jest z wielu powodów ważna dla UE. Ale jedynym sensownym celem zmian na Białorusi powinny być normalne wybory i zbliżenie z Europą. Tylko szybka droga do w pełni demokratycznych wyborów daje szanse na faktyczne zmiany na Białorusi, z których będą coś mieli także zwykli Białorusini a nie wyłącznie przedstawiciele szeroko rozumianego establishmentu. Zmiana w naszej części Europy powiodła się tylko tam, gdzie gwarancje wolnych wyborów były ugruntowane a skutki zmiany odczuli w swoim życiu nie tylko ci, którzy załapali się na pociąg „Transformacja". Zamiast wyważać otwarte drzwi, trzeba powiedzieć wszystkim Białorusinom: „możliwość normalnego założenia firmy, współpraca z UE w takiej czy innej formie, studia w Londynie, władza w gminie, pisanie i wydawane książek po białorusku, to szansa dla każdego z was". Droga do tego wiedzie poprzez wybory. A wybory to przecież szansa także dla tych, którzy współpracowali z reżymem, ale po cichu przygotowywali się na zmianę, jeżeli rzecz jasna, nie popełnili przestępstw. W każdym autorytarnym systemie istnieje taka ukryta grupa, zazwyczaj jest bardzo duża.
Rosja po sierpniu 2008 to już inna Rosja niż przed rokiem czy dwoma. To jeden z powodów, dla których nie zostało wiele czasu. Wskaźniki ekonomiczne, sytuacja energetyczna, także wiele społecznych parametrów (jak odpływ najbardziej utalentowanej młodzieży za granicę) skłaniają do wniosku, że dla Białorusi nie ma już wiele czasu. Upadek Łukaszenki jeśli by do niego doszło, też już sam w sobie nie rozwiązuje problemów. Sytuacja na świecie, a szczególnie w naszej części Europy powoduje, że praktycznie zostało niewiele czasu na korekty polityki wobec Białorusi. Polska, także Litwa, mają tu do odegrania rolę, by pomysł zmian na Białorusi oprzeć o jakieś racjonalne przesłanki oraz doświadczenia naszych zmieniania naszych krajów. Kolejny raz rola naszego kraju nie powinna sprowadzać się do bezmyślnego uczestnictwa w „odmrażaniu" Białorusi. Naszą rolą jest, by białoruska transformacja, jeśli już mamy mieć na nią wpływ przypominała raczej litewską, czy polską niż niepowodzenia zmian w innych krajach.
Na razie wszystkim grozi zawód. Łukaszence, że wszystko jakoś się poskłada, a Białorusini pozwolą sobie dozować wolność. Wolny rynek, wolność słowa przyjdą na Białoruś prędzej czy później, nabiorą swojej dynamiki i zmiotą siermiężny reżym, być może stałoby się to o wiele szybciej, gdyby postawa Europy była bardziej zdecydowana. Na nic zda się tutaj dzielenie włosa na czworo przez europejskich analityków. Złudzeniami żyje też Europa. To co przyjdzie po Łukaszence, jeśli nie będzie efektem naprawdę demokratycznej gry, wyborów, wymiany myśli, wolnej może okazać się jeszcze bardziej niestabilne, zbliżone do Moskwy i jeszcze bardziej opresyjne dla społeczeństwa białoruskiego.
Nr. 40/2008 "Wprost", 28 września 2008 r.



















