14/01/2009
Ostatni dzwonek dla Europy
propagandowych celów operacji rosyjskich przeciw krajom, które
zgłosiły chęć wejścia do UE i NATO" - pisze w tekście, który
ukazał się w Gazecie Wyborczej Paweł Kowal.
Zapraszamy do lektury!
Kryzys energetyczny, który obserwowaliśmy w zeszłym tygodniu, to, po najeździe na Gruzję w sierpniu 2008 roku, być może ostatni dzwonek dla Europy, by poważnie potraktowała Rosję. To także ostatnia szansa dla Polski, by w Unii Europejskiej świadomie zdefiniowała swój stosunek do polityki współczesnej Rosji.
Nie krakać jak inni
Wiosną 2007 prezydencja niemiecka przygotowywała szczyt Unia Europejska-Rosja w Samarze. Wówczas już od wielu miesięcy Rosja blokowała dostęp do swojego rynku polskich towarów mięsnych i roślinnych. Aż żal wymieniać nazwisk osób, które z uporem lepszej sprawy przekonywały wówczas, że blokada ma charakter sanitarny a nie polityczny. Nie przyniosły rezultatu wysiłki prezydencji fińskiej w 2006, nie dały rezultatu starania Niemców, którzy przejęli przewodnictwo w Nowy Rok 2007. Kanclerz Merkel ku zaskoczeniu wielu obserwatorów zdecydowała się postawić sprawę na ostrzu noża. Zaryzykowała, że szczyt nie zostanie okrzykniety sukcesem. 18 maja 2007 publicznie nie zgodziła się z Putinem, że embargo to sprawa między Moskwą a Warszawą. Także krytycy Merkel w Polsce muszą przyznać, żę jej słowa "Ta kwestia jest sprawą Unii Europejskiej" miały wtedy swoją wagę i były sukcesem polskiej dyplomacji. Publicznie dała też wyraz zaniepokojeniu, że do Samary nie wpuszczono rosyjskich opozycjonistów. Realistycznego tonu w relacjach UE-Rosja nie udało się utrzymać. Wszystko co działo się potem w relacjach Unia-Rosja opierało się albo na abstrakcyjnym strachu przed Rosją ze strony państw Unii, albo na pobłażliwym traktowaniu tego co mówią i robią politycy na Kremlu. Obie postawy są szkodliwe. Ale to one zdominowały prezydencję słoweńską i francuską w 2008 roku. Szczyt Unia-Rosja w Chantymansyjsku na Syberii był odwrotnością szczytu w Samarze. Angela Merkel nie czuła się już odpowiedzialna za całość unijnych spraw, być może też przedstawiciele niemieckiego przemysłu mieli jej za złe pryncypialne stanowisko rok wcześniej. Sarkozy owładnięty był pragnieniem „sukcesu" i myślał już jak przedłużyć swoje pół roku prezydencji, które lada chwila miało się zacząć a słoweńska prezydencja za słaba by dojść do poważniejszych konkluzji. W końcu przyjęto nowe, korzystne dla Rosji, zasady formułowania nowej umowy UE-Rosja i praktycznie przyjęto do wiadomości, że Rosja nie będzie stosować ani protokołu tranzytowego ani karty energetycznej, czyli pozostaje uprzywilejowana jeśli chodzi o zasady obrotu energią. Nawet najbardziej pobłażliwi wobec Rosji komentatorzy w sierpniu 2008 zakłopotani mówili o nieproporcjonalnej reakcji na wydarzenia w Osetii. Pomimo obietnic, Rosja nie wykonała planu Sarkozyego, siłą wymusiła uznanie status quo, a politycy rosyjscy wielokrotnie otwarcie mówili publicznie o strefie wpływów Rosji w granicach dawnego Związku Radzieckiego i o strefie Europy środkowej, w której Rosja ma prawo współdecydowania (sprawa tarczy antyrakietowej).
Himilsbach miał powiedzieć komuś, kto brutalnie zaczepił go na ulicy: „żeby mi to było przedostatni raz". Dokładnie w takim stanie jest dzisiaj polityka europejska wobec Rosji. Europa nie umie powiedzieć stop. Jedni, bo mają interesy, o które się obawiają, inni bo nie rozumieją Rosji. A stawka jest poważna: czy solidarność europejska poza hucznymi deklaracjami ma w ogóle rację bytu? Politycy na Starym Kontynencie udają, że nie rozumieją propagandowych celów operacji rosyjskich przeciw krajom, które zgłosiły chęć wejścia do UE i NATO. Że nie rozumieją sensu ataku militarnego na Gruzję i podgrzewania atmosfery na Ukrainie. Powtarzają bezwiednie za rosyjską propagandą, że problem z energią ma charakter ekonomiczny, że w sporze Ukrainą chodzi o gospodarkę, podobnie jak jeszcze rok temu słyszeliśmy, że blokada na polskie produkty ma charakter sanitarny, że sprawa jest skomplikowana. Jaki sens ma dalsze rozważanie propagandowych też w stylu „jakim zagrożeniem dla Rosji jest Gruzja" lub „na ile Ukraina okrada Gazprom"? Czas się obudzić: od kilku lat im bardziej Rosjanie dowodzą, że chodzi o gospodarkę lub sprawy sanitarne, tym bardziej o nie nie chodzi. Słyszymy na codzień zaklęcie-wytrych, że z Rosją trzeba rozmawiać. Tylko, że UE jako instytucja może nawet z USA nie rozmawia tak wiele i tak często (i tak bardzo bez rezultatu) jak z Rosją. Dopóki politycy w UE nie połączą wydarzeń i słów ostatnich lata w jedną całość będziemy parę razy w roku widzami spektaklu żenującej bezradności Europy. Dopóki do europejskich polityków nie dotrze, że Rosja traktowana jak partner, któremu nie stawia się wymagań będzie coraz bardziej radykalna w mrzonkach o radzieckiej przeszłości.
„Kiedy wlazłeś między wrony, staraj się siedzieć cicho, bo gdybyś próbował krakać, wrony poznałyby szybko, ze nie jesteś wroną i zadziobałyby cię" pisał Stefan Kisielewski. Polski rząd niestety próbował metody europejskiego krakania w sprawach Rosji. Ten błąd mamy już za sobą. W jednym Kisiel nie miał racji. Zamiast siedzieć cicho, najlepiej po prostu być sobą i mówić swoim językiem nie udając innego ptaka. Polska nie często w swojej historii miała taką możliwość. Niektórzy nasi politycy próbowali w ostatnim roku polityki uśmiechów wobec Rosji. Poniosła ona sromotną klęskę. Ubiegłoroczna wizyta Tuska w Moskwie odeszła w niepamięć. O tym, że jej kontekst i przebieg nie były sukcesem, świadczy choćby fakt, że nikt już do niej nie powraca nawet w aktywnej rządowej propagandzie. Postawa Rosji wobec tarczy antyrakietowej, kryzys gruziński, ostatni kryzys energetyczny otworzyły chyba oczy Donalda Tuska na faktyczną skalę problemu. Dziś, obiecując szybką poprawę relacji z Rosją, pewnie nie zdecydowałby się zagrać rosyjską kartą w kampanii wyborczej. Nawet embargo Rosja zniosła dopiero pod koniec 2008 roku: po tym jak rząd Tuska kolejno- zniósł nasze weto na rozmowy o wejście Rosji do WTO i OECD, nie sprzeciwiał się podjęciu rozmów o nowej umowie o partnerstwie i współpracy i potem jeszcze raz nie sprzeciwił się powrotowi do tych rozmów już po konflikcie z Gruzją, pomimo, że Rosja nie wykonała na czas planu Sarkozyego, co wcześniej było warunkiem kolejnego powrotu do rozmów.
Słabość dyplomacji europejskiej zaczyna się wówczas, kiedy Brukselę stać wyłącznie na bezwartościowe komunały zamiast rzetelnej oceny sytuacji. Dlatego z polskiego punktu widzenia nie ma co bezsensownie krakać jak w innych stolicach w Europie, że „z Rosją trzeba rozmawiać..." itd. Na szczęście dla nas, nikt na Starym Kontynencie ciągle nie wierzy, że nie traktujemy poważnie zagrożeń jakie płyną z polityki Rosji. Raczej, niesłusznie, mamy łatkę przeciwników Rosji. Przekonujmy partnerów w Europie, żeby nie mylili rzeczowej oceny sytuacji z wrogością wobec sąsiada. Nie miałaby sensu na dłuższą metą polityka w której Donald Tusk podczas zagranicznych spotkań w gabinecie mówiłby jedno a potem na konferencji prasowej prowadziłby „politykę uśmiechów" i okrągłych słówek tylko po to, by dopiec prezydentowi czy opozycji w Sejmie. Rozważmy inny wariant. Wskutek kryzysu pojawiła się przed Polską taka oto możliwość: powinniśmy stać się w UE ośrodkiem chłodnej rzeczowej oceny polityki Rosji i innych krajów regionu a nie którymś z kolei nadajnikiem ogólnikowych dyplomatycznych komunikatów w stylu: trzeba rozmawiać a racje są podzielone. Ten plan powiedzie się jednak tylko pod warunkiem unikania, dotychczasowym wzorem, wypowiedzi choćby w połowie przypominających to, co politycy rosyjscy mówią o polskich i europejskich. Drugi warunek takiej polityki, to uznanie przez rząd, że warto jednak aktywnie wspólnie pracować z prezydentem w polityce wschodniej nie tylko dlatego, że nakazuje to konstytucja, ale też dlatego, że to po prostu ma polityczny sens dla przyszłości polityki Polski. W Europie jest i będzie zapotrzebowanie na poważną postawę, która w swoich ocenach trzyma się faktów i która nie opiera się albo na niedołężności analitycznej która nie pozwala wyciągać wniosków z własnych doświadczeń, albo na programowym zapominaniu tego co było miesiąc temu, albo na sentymentalnym rusofilizmie. Odpowiedzmy uczciwie: czy lepiej dla przyszłości UE i Rosji, by nie było w Europie znaczących państw, które są w stanie mówić to, co i tak pokazują w serwisy informacyjne, czy lepiej by jednak było odwrotnie? Czy lepiej dla polskiego interesu, byśmy krakali jak inne wrony- z jednej strony i tak nie mając szans ich przekrakać a z drugiej, raz po raz rezygnując z mówienia co jest ważne dla Polski i naszych sąsiadów w regionie? Plan „chłodnego centrum", gdyby był realizowany jest lepszą niż inne nasze inicjatywy gwarancją, że we wszystkich sprawach wschodnich, które tak bardzo nas dotyczą, będziemy w UE pytani o głos. A ponieważ dłużej klasztora niźli przeora, to przyjdzie także czas, że i Rosjanie będą nam wdzięczni za taką politykę.
Nie krakać jak inni
Wiosną 2007 prezydencja niemiecka przygotowywała szczyt Unia Europejska-Rosja w Samarze. Wówczas już od wielu miesięcy Rosja blokowała dostęp do swojego rynku polskich towarów mięsnych i roślinnych. Aż żal wymieniać nazwisk osób, które z uporem lepszej sprawy przekonywały wówczas, że blokada ma charakter sanitarny a nie polityczny. Nie przyniosły rezultatu wysiłki prezydencji fińskiej w 2006, nie dały rezultatu starania Niemców, którzy przejęli przewodnictwo w Nowy Rok 2007. Kanclerz Merkel ku zaskoczeniu wielu obserwatorów zdecydowała się postawić sprawę na ostrzu noża. Zaryzykowała, że szczyt nie zostanie okrzykniety sukcesem. 18 maja 2007 publicznie nie zgodziła się z Putinem, że embargo to sprawa między Moskwą a Warszawą. Także krytycy Merkel w Polsce muszą przyznać, żę jej słowa "Ta kwestia jest sprawą Unii Europejskiej" miały wtedy swoją wagę i były sukcesem polskiej dyplomacji. Publicznie dała też wyraz zaniepokojeniu, że do Samary nie wpuszczono rosyjskich opozycjonistów. Realistycznego tonu w relacjach UE-Rosja nie udało się utrzymać. Wszystko co działo się potem w relacjach Unia-Rosja opierało się albo na abstrakcyjnym strachu przed Rosją ze strony państw Unii, albo na pobłażliwym traktowaniu tego co mówią i robią politycy na Kremlu. Obie postawy są szkodliwe. Ale to one zdominowały prezydencję słoweńską i francuską w 2008 roku. Szczyt Unia-Rosja w Chantymansyjsku na Syberii był odwrotnością szczytu w Samarze. Angela Merkel nie czuła się już odpowiedzialna za całość unijnych spraw, być może też przedstawiciele niemieckiego przemysłu mieli jej za złe pryncypialne stanowisko rok wcześniej. Sarkozy owładnięty był pragnieniem „sukcesu" i myślał już jak przedłużyć swoje pół roku prezydencji, które lada chwila miało się zacząć a słoweńska prezydencja za słaba by dojść do poważniejszych konkluzji. W końcu przyjęto nowe, korzystne dla Rosji, zasady formułowania nowej umowy UE-Rosja i praktycznie przyjęto do wiadomości, że Rosja nie będzie stosować ani protokołu tranzytowego ani karty energetycznej, czyli pozostaje uprzywilejowana jeśli chodzi o zasady obrotu energią. Nawet najbardziej pobłażliwi wobec Rosji komentatorzy w sierpniu 2008 zakłopotani mówili o nieproporcjonalnej reakcji na wydarzenia w Osetii. Pomimo obietnic, Rosja nie wykonała planu Sarkozyego, siłą wymusiła uznanie status quo, a politycy rosyjscy wielokrotnie otwarcie mówili publicznie o strefie wpływów Rosji w granicach dawnego Związku Radzieckiego i o strefie Europy środkowej, w której Rosja ma prawo współdecydowania (sprawa tarczy antyrakietowej).
Himilsbach miał powiedzieć komuś, kto brutalnie zaczepił go na ulicy: „żeby mi to było przedostatni raz". Dokładnie w takim stanie jest dzisiaj polityka europejska wobec Rosji. Europa nie umie powiedzieć stop. Jedni, bo mają interesy, o które się obawiają, inni bo nie rozumieją Rosji. A stawka jest poważna: czy solidarność europejska poza hucznymi deklaracjami ma w ogóle rację bytu? Politycy na Starym Kontynencie udają, że nie rozumieją propagandowych celów operacji rosyjskich przeciw krajom, które zgłosiły chęć wejścia do UE i NATO. Że nie rozumieją sensu ataku militarnego na Gruzję i podgrzewania atmosfery na Ukrainie. Powtarzają bezwiednie za rosyjską propagandą, że problem z energią ma charakter ekonomiczny, że w sporze Ukrainą chodzi o gospodarkę, podobnie jak jeszcze rok temu słyszeliśmy, że blokada na polskie produkty ma charakter sanitarny, że sprawa jest skomplikowana. Jaki sens ma dalsze rozważanie propagandowych też w stylu „jakim zagrożeniem dla Rosji jest Gruzja" lub „na ile Ukraina okrada Gazprom"? Czas się obudzić: od kilku lat im bardziej Rosjanie dowodzą, że chodzi o gospodarkę lub sprawy sanitarne, tym bardziej o nie nie chodzi. Słyszymy na codzień zaklęcie-wytrych, że z Rosją trzeba rozmawiać. Tylko, że UE jako instytucja może nawet z USA nie rozmawia tak wiele i tak często (i tak bardzo bez rezultatu) jak z Rosją. Dopóki politycy w UE nie połączą wydarzeń i słów ostatnich lata w jedną całość będziemy parę razy w roku widzami spektaklu żenującej bezradności Europy. Dopóki do europejskich polityków nie dotrze, że Rosja traktowana jak partner, któremu nie stawia się wymagań będzie coraz bardziej radykalna w mrzonkach o radzieckiej przeszłości.
„Kiedy wlazłeś między wrony, staraj się siedzieć cicho, bo gdybyś próbował krakać, wrony poznałyby szybko, ze nie jesteś wroną i zadziobałyby cię" pisał Stefan Kisielewski. Polski rząd niestety próbował metody europejskiego krakania w sprawach Rosji. Ten błąd mamy już za sobą. W jednym Kisiel nie miał racji. Zamiast siedzieć cicho, najlepiej po prostu być sobą i mówić swoim językiem nie udając innego ptaka. Polska nie często w swojej historii miała taką możliwość. Niektórzy nasi politycy próbowali w ostatnim roku polityki uśmiechów wobec Rosji. Poniosła ona sromotną klęskę. Ubiegłoroczna wizyta Tuska w Moskwie odeszła w niepamięć. O tym, że jej kontekst i przebieg nie były sukcesem, świadczy choćby fakt, że nikt już do niej nie powraca nawet w aktywnej rządowej propagandzie. Postawa Rosji wobec tarczy antyrakietowej, kryzys gruziński, ostatni kryzys energetyczny otworzyły chyba oczy Donalda Tuska na faktyczną skalę problemu. Dziś, obiecując szybką poprawę relacji z Rosją, pewnie nie zdecydowałby się zagrać rosyjską kartą w kampanii wyborczej. Nawet embargo Rosja zniosła dopiero pod koniec 2008 roku: po tym jak rząd Tuska kolejno- zniósł nasze weto na rozmowy o wejście Rosji do WTO i OECD, nie sprzeciwiał się podjęciu rozmów o nowej umowie o partnerstwie i współpracy i potem jeszcze raz nie sprzeciwił się powrotowi do tych rozmów już po konflikcie z Gruzją, pomimo, że Rosja nie wykonała na czas planu Sarkozyego, co wcześniej było warunkiem kolejnego powrotu do rozmów.
Słabość dyplomacji europejskiej zaczyna się wówczas, kiedy Brukselę stać wyłącznie na bezwartościowe komunały zamiast rzetelnej oceny sytuacji. Dlatego z polskiego punktu widzenia nie ma co bezsensownie krakać jak w innych stolicach w Europie, że „z Rosją trzeba rozmawiać..." itd. Na szczęście dla nas, nikt na Starym Kontynencie ciągle nie wierzy, że nie traktujemy poważnie zagrożeń jakie płyną z polityki Rosji. Raczej, niesłusznie, mamy łatkę przeciwników Rosji. Przekonujmy partnerów w Europie, żeby nie mylili rzeczowej oceny sytuacji z wrogością wobec sąsiada. Nie miałaby sensu na dłuższą metą polityka w której Donald Tusk podczas zagranicznych spotkań w gabinecie mówiłby jedno a potem na konferencji prasowej prowadziłby „politykę uśmiechów" i okrągłych słówek tylko po to, by dopiec prezydentowi czy opozycji w Sejmie. Rozważmy inny wariant. Wskutek kryzysu pojawiła się przed Polską taka oto możliwość: powinniśmy stać się w UE ośrodkiem chłodnej rzeczowej oceny polityki Rosji i innych krajów regionu a nie którymś z kolei nadajnikiem ogólnikowych dyplomatycznych komunikatów w stylu: trzeba rozmawiać a racje są podzielone. Ten plan powiedzie się jednak tylko pod warunkiem unikania, dotychczasowym wzorem, wypowiedzi choćby w połowie przypominających to, co politycy rosyjscy mówią o polskich i europejskich. Drugi warunek takiej polityki, to uznanie przez rząd, że warto jednak aktywnie wspólnie pracować z prezydentem w polityce wschodniej nie tylko dlatego, że nakazuje to konstytucja, ale też dlatego, że to po prostu ma polityczny sens dla przyszłości polityki Polski. W Europie jest i będzie zapotrzebowanie na poważną postawę, która w swoich ocenach trzyma się faktów i która nie opiera się albo na niedołężności analitycznej która nie pozwala wyciągać wniosków z własnych doświadczeń, albo na programowym zapominaniu tego co było miesiąc temu, albo na sentymentalnym rusofilizmie. Odpowiedzmy uczciwie: czy lepiej dla przyszłości UE i Rosji, by nie było w Europie znaczących państw, które są w stanie mówić to, co i tak pokazują w serwisy informacyjne, czy lepiej by jednak było odwrotnie? Czy lepiej dla polskiego interesu, byśmy krakali jak inne wrony- z jednej strony i tak nie mając szans ich przekrakać a z drugiej, raz po raz rezygnując z mówienia co jest ważne dla Polski i naszych sąsiadów w regionie? Plan „chłodnego centrum", gdyby był realizowany jest lepszą niż inne nasze inicjatywy gwarancją, że we wszystkich sprawach wschodnich, które tak bardzo nas dotyczą, będziemy w UE pytani o głos. A ponieważ dłużej klasztora niźli przeora, to przyjdzie także czas, że i Rosjanie będą nam wdzięczni za taką politykę.



















